25/07/2026
Dzisiaj mija rok, odkąd ostatni raz piłem alkohol.
Nie postanowiłem wtedy, że nie będę pił przez rok. Nie postanowiłem też, że nigdy więcej nie napiję się alkoholu.
Nie miałem problemu z alkoholem. W ostatnich latach piłem sporadycznie, kilka razy w roku. Po prostu doszedłem do wniosku, że mi nie służył. Męczył mnie. Ograniczał. Nie dawał mi nic, czego naprawdę potrzebowałem.
Przestałem.
Pojawiały się myśli: „Może przy jakiejś okazji?”, „Może na Sylwestra?”. Swoją drogą, był to pierwszy Sylwester od wielu lat bez alkoholu.
Po około pół roku postawiłem sobie cel: „Zobaczmy, jak będzie po roku.”
I dotarłem do tego miejsca.
Przez cały ten czas traktowałem to bardziej jak eksperyment niż wyrzeczenie. Nadal jestem sobą. Nadal lubię pożartować. Zawsze umiałem dobrze się bawić.
Przez lata byłem też częścią rozmów o piątku, całonocnych imprezach i historiach opowiadanych następnego dnia. Dzisiaj po prostu patrzę na to trochę inaczej.
Bywa, że siedzę przy stole pełnym ludzi rozweselonych alkoholem i jestem od nich odrobinę sztywniejszy. Ale potrafię wejść w ten klimat.
Cały czas obserwuję siebie. Porównuję swój naturalny luz z tym, który kiedyś kojarzył mi się z alkoholem. Uczę się samodzielnie wprowadzać w stan euforii. Na koncercie. Na parkiecie. W rozmowie z ludźmi. Bez wspomagania.
Poznałem też wielu ludzi, którzy nie piją. I zauważyłem jeszcze jedną ciekawą rzecz. Dobrze czuję się, należąc do tej grupy. Nigdy wcześniej nie myślałem o sobie w ten sposób.
Dzisiaj coraz częściej określam siebie jako osobę niepijącą i zwyczajnie dobrze się z tym czuję.
Czy nigdy więcej nie napiję się alkoholu?
Nie wiem.
Nigdy nie podjąłem takiej decyzji. I szczerze mówiąc, wypicie jednego piwa nie zdefiniowałoby mnie na nowo.
Wiem tylko, że przez ostatni rok ani razu nie pomyślałem, że czegoś mi brakuje.
Nie piszę tego po to, żeby kogokolwiek przekonywać.
Po prostu od roku obserwuję ciekawą zmianę.
I mam poczucie, że była to jedna z lepszych decyzji, jakie podjąłem.
15/07/2026
Po meczu Anglii z Norwegią przez chwilę pomyślałem, że może Jude Bellingham ma rację.
Thomas Tuchel mówił o braku kontroli, zbyt wolnym ruchu piłki i szczęściu. Bellingham odpowiedział, że być może trener nie wie, jak wygląda taki mecz z perspektywy boiska. Że przeciwko Haalandowi i spółce czasem trzeba po prostu wygrać nie ważne w jakim stylu.
To nie był jednak tylko konflikt trenera i zawodnika.
To był konflikt dwóch wizji futbolu.
Jedna zakłada, że wielkie turnieje wygrywa się dzięki wielkim piłkarzom.
Druga, że wielkich piłkarzy trzeba podporządkować wielkiej idei.
Dzień później Hiszpania pokazała, dlaczego najwybitniejsi trenerzy świata myślą w ten drugi sposób.
Francja czekała, aż wydarzy się Mbappe. A może Dembele. Może ktoś wygra ten mecz indywidualnością.
Hiszpania nie czekała.
Hiszpania realizowała swój mecz.
Tuchel i Scaloni patrzyli na to z pełną świadomością. Wiedzą, że finały można czasem wygrać dzięki geniuszowi jednego człowieka. Wiedzą też, że jeśli chcesz dominować, nie możesz budować drużyny wokół nadziei, że ktoś zrobi coś niezwykłego.
Topowi trenerzy nie chcą polegać wyłącznie na gwiazdach.
Chcą polegać na mechanizmie.
Gwiazdy mają być jak świetny silnik albo turbina w samochodzie. Mają dawać przewagę.
Ale nie mogą być ołtarzem, przy którym przez 90 minut modli się cały zespół.
Dlatego słowa Tuchela po zwycięstwie Anglii i słowa Tuchela oraz Scaloniego po meczu Hiszpanii tak bardzo się od siebie różnią.
Po Anglii usłyszeliśmy właściwie:
„Tak, wygraliśmy, ale to nie jest futbol, który pozwoli nam kontrolować losy turnieju”.
Po Hiszpanii:
„To najbardziej kompletny występ na tym mundialu”.
„Im większa scena i większe napięcie, tym spokojniej grają i są bardziej pewni siebie”.
Bo trenerzy na tym poziomie wiedzą jedną rzecz:
Mistrzostwa świata nie zawsze wygrywa drużyna z najlepszymi zawodnikami.
Wygrywa drużyna, która najlepiej wie, kim jest.
I być może dlatego Hiszpania nie wygląda dziś jak zespół, który po prostu gra o mistrzostwo świata.
Wygląda jak zespół, który od lat przygotowywał się właśnie do tego momentu.
14/07/2026
Mentoring procesu szkoleniowego czyli:
Jak wspierać trenerów, nie odbierając im ich zespołu?
"Ruch. Współpraca. Energia "
Od trzeciego treningu dołożyliśmy jeszcze jedno słowo.
"Walka "
Od tych czterech elementów rozpoczynaliśmy każdą jednostkę treningową w Football Arenie.
Nie były to hasła motywacyjne.
To był nasz wspólny standard gry.
Przez ostatnie miesiące wspierałem sztab Football Areny 2018 w rozwoju procesu szkoleniowego. Moim zadaniem nie było prowadzenie kilku ciekawych treningów. Chodziło o coś znacznie większego – budowanie środowiska, które każdego dnia rozwija zawodników i daje trenerom narzędzia do dalszej pracy.
Skupiliśmy się na intensywności, jakości podejmowanych decyzji, aktywności po stracie piłki, współpracy oraz wspólnym języku funkcjonowania na boisku.
Z czasem zaczęły pojawiać się konkretne efekty:
⚽️ zdecydowana poprawa odbioru piłki i doskoku,
⚽️ większa aktywność bez piłki,
⚽️ wyższe tempo gry,
⚽️ lepsza współpraca i tworzenie linii podań,
⚽️ szybszy powrót do gry po błędzie,
⚽️ większa pewność siebie zawodników,
⚽️ poprawa wyników osiąganych przez drużynę.
Zmiany dotyczyły jednak nie tylko zawodników.
Wspólnie z trenerami budowaliśmy własny sposób myślenia o procesie szkoleniowym. Coraz częściej punktem wyjścia stawało się pytanie:
**„Jak chcemy wyglądać jako Football Arena?”**
To pytanie zmienia sposób planowania treningów, prowadzenia meczów i codziennej pracy z zawodnikami.
Bo tożsamość zespołu nie powstaje podczas meczu.
Buduje się ją każdego dnia – poprzez standardy, komunikację, wymagania i konsekwencję.
Dziękuję całemu sztabowi Football Areny 2018 za zaufanie, otwartość i możliwość współtworzenia tego procesu.
Na mojej stronie opisałem całą współpracę w formie **case study** – od kontekstu i założeń, przez zastosowane metody, aż po konkretne efekty osiągnięte przez zawodników, trenerów i cały zespół.
🔗 Link w komentarzu
30/06/2026
„Nie myślę za dużo. Działam.”
To zdanie Kuby najlepiej podsumowuje naszą wspólną pracę w ostatniej rundzie.
Kuba przyszedł po kontuzji z brakiem pewności siebie, szczególnie w pojedynkach i z tendencją do nadmiernego analizowania własnej gry.
Pracowaliśmy nad przejściem z oceniania siebie na działanie, rozliczaniem się z aktywności, komunikacją na boisku i budowaniem własnej tożsamości jako zawodnika.
Dziś sam mówi:
✔️ „Jestem pewniejszy w grze.”
✔️ „Dużo więcej komunikuję się z kolegami i mówię to, co widzę na boisku, nie zastanawiając się, jak zostanie to odebrane.”
✔️ „Stres przed meczem odbieram jako coś, co mnie mobilizuje, a nie blokuje.”
✔️ „Nie poddaję się i potrafię dostosować do sytuacji.”
To była bardzo wartościowa runda i kolejny dowód na to, że pewność siebie nie wynika z braku błędów, ale z gotowości do działania mimo nich.
Dziękuję za zaufanie i powodzenia w kolejnym etapie rozwoju! ⚽💪
Pełne case study:
https://www.wojciechmatyka.pl/case-study/pewnosc-siebie-pilkarza-po-kontuzji/
27/06/2026
Nie każdy wielki sportowiec od początku chciał trenować.
Tata Illii Kovtun(gimnastyk- medalista olimpijski) opowiadał mi kiedyś historię, jak zaprowadził Illię na salę gimnastyczną, gdy ten miał 4 lata.
Mały Illia zapierał się rękami i nogami. Nie chciał wejść. Nie ćwiczył.
Ojciec przyprowadzał go jednak kolejny raz i kolejny. Sytuacja wyglądała podobnie.
Z czasem udało się zostawić go na sali, ale nadal nie trenował. Siedział skulony w kącie i obserwował.
Później zaczął sam podchodzić do przyrządów. Nie ćwiczył jeszcze z grupą, ale ciekawość była już silniejsza od oporu. Wskakiwał gdzieś sam, próbował, oswajał przestrzeń.
W końcu zaczął trenować.
A gdy rozmawialiśmy kilka lat temu miał około 16 lat i nie dało się go już z tej sali wyciągnąć.
Z tej historii wynoszę trzy ważne rzeczy.
1. Sama obecność też jest formą uczestnictwa.
Dziecko nie musi od razu wykonywać wszystkich ćwiczeń,nie musi tez zakochac sie w danym sporcie czy innej pasji od pierwszego wejrzenia. Czasem najważniejsze jest to, że jest na sali, obserwuje, oswaja ludzi, przestrzeń i emocje. To również jest rozwój.
2. „Nie będę zmuszać, nic na siłę” nie zawsze oznacza najlepszą decyzję.
Bardzo często słyszę od rodziców: „Skoro nie chce, to odpuszczamy”. A ja coraz częściej myślę, że trzeba odróżnić prawdziwy brak zainteresowania od naturalnego oporu przed nowym.
Dzieci boją się nieznanych miejsc. Wstydzą się. Potrzebują czasu. Czasem mówią „nie chcę”, choć w rzeczywistości potrzebują jeszcze kilku tygodni, by poczuć się bezpiecznie.
Rolą rodzica nie jest ani zmuszanie, ani wycofywanie się przy pierwszej trudności. Rolą rodzica jest mądre prowadzenie i cierpliwe towarzyszenie.
Gdyby tata Illii odpuścił po pierwszym albo drugim razie, jego historia mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.
3. Intuicja rodzica jest potężną siłą.
To, co najbardziej pamiętam z tej rozmowy, to ogromna duma, z jaką opowiadał o tym okresie.
Nie o medalach.
Nie o sukcesach.
O tym, że wytrwał.
Że zaufał swojemu przeczuciu jako ojciec i nie zrezygnował wtedy, gdy najłatwiej było powiedzieć: „skoro nie chce, to kończymy”.
Miał poczucie, że robi właściwą rzecz, choć nie miał żadnej gwarancji, dokąd go to zaprowadzi.
I właśnie tę historię opowiedział mi podczas naszej pierwszej lub drugiej rozmowy, gdy przyprowadził do Power Gym swoją córkę, Arynę. Nie dlatego, żeby trenowała, ale dlatego, że widział w niej potencjał do pracy trenerskiej i chciał pomóc jej wejść na tę drogę.
Pamiętam, jak z fascynacją mówił o swoich dzieciach i ich przygodzie ze sportem. Było w tym ogromnie dużo miłości, dumy i wdzięczności.
Dzisiaj jego syn jest medalistą olimpijskim i kilkukrotnum medalistą mistrzostw świata oraz Europy.
A Aryna rozwija się jako trenerka w Power Gym i z powodzeniem realizuje swoją pasję w sporcie pole dance.
Patrząc na tę rodzinę, mam poczucie, że czasami największą siłą rodzica jest nie perfekcyjna wiedza, ale odwaga, by zaufać własnej intuicji i wytrwać wystarczająco długo, by dziecko mogło odnaleźć swoją drogę.
Bo czasem pierwszym sukcesem nie jest medal.
Czasem pierwszym sukcesem jest po prostu to, że mimo łez, oporu i wątpliwości ktoś mądrze powiedział:
„Spróbujmy jeszcze raz.”