21/08/2026
Z ARCHIWUM STAREGO BLOGA - SEBASTIAN BALCERZAK
Miałem kiedyś bloga o koszykówce, nazywał się "A skull full of maggots" od kawałka Cannibal Co**se, który zawsze mnie nakręcał. Do pisania o baskecie także.
I na tym blogu miałem taki krótki cykl - o ligowych koszykarzach, których "nie znacie". Opowiadałem inspirujące historie graczy może i drugoplanowych, ale ważnych, lubianych przez kibiców.
Jednym z nich był Sebastian Balcerzak z AZS Koszalin, z którym miałem kiedyś okazję rywalizować w Lidze Akademickiej Koszykówki. Przypominam jego historię, bo jest naprawdę inspirująca.
Oto ona:
22 stycznia 2007 roku Sebastian Balcerzak jechał z rodzinnego Białogardu do Koszalina na spotkanie z kibicami AZS. Jego renault clio wpadło w poślizg i zderzyło się czołowo z oplem astrą. Złamana kość udowa, zmiażdżona stopa, urazy biodra i łokcia, pęknięta podstawa czaszki, obrzęk mózgu…
Słowa jednego z lekarzy, który o zmiażdżonej stopie Balcerzaka mówił jako o pumeksie uderzonym młotem o wadze 100 kg, były wstrząsające. Koszykarz był w śpiączce farmakologicznej, wydawało się, że do uprawiania sportu już nie wróci.
Balcerzak jednak wrócił! Równo po 22 miesiącach od wypadku zadebiutował w pierwszoligowej Resovii. Na Podkarpaciu spędził jeden sezon, a teraz gra w swoim AZS.
- Samego wypadku nie pamiętam, bo mam tzw. amnezję wsteczną. Pamiętam jednak, że kiedy po tygodniu wybudzono mnie ze śpiączki farmakologicznej i leżałem jeszcze pod silnymi lekami przeciwbólowymi, to najpierw spytałem najbliższych gdzie jestem, dlaczego tu jestem i co się stało, a potem chciałem tylko wiedzieć czy nikogo nie zabiłem - opowiadał mi Sebastian w styczniu 2010 roku.
- Po pierwszych świadomych nocach w szpitalu byłem przywiązywany do łóżka, bo chciałem uciekać do domu. Kiedy dotarło do mnie to, co się stało i w jakim jestem stanie, miałem najgorsze, najczarniejsze myśli. Wydawało mi się, że odebrano mi życie, bo z koszykówką byłem związany od małego. Czułem, że mój świat runął.
- Czarne myśli odsunęła na bok modlitwa. Negatywne nastawienie mijało, a ja z każdym dniem wzmacniałem się dzięki niej. Postanowiłem sobie, że będę pracował nad sobą tak długo, aż do koszykówki wrócę. Nawet, jeśli będę w nią grał na wózku inwalidzkim.
- Ze szpitala wyszedłem po sześciu tygodniach – o kulach, cały w gipsie, z zadrutowaną szczęką. Pierwsze kroki bez kul wykonałem w szpitalu w Łodzi, gdzie byłem dzięki gościnności Anwilu Włocławek. Rehabilitowałem się u Marka Krochmalskiego – jednego z najlepszych ortopedów w Polsce. To on pozwolił mi odrzucić kule, ale bardzo głęboki ukłon składam także w kierunku dr. Tadeusza Wójcikowskiego, który wykonał kawał świetnej roboty.
- Powrót do gry, pierwszy mecz w Resovii, był wspaniałym uczuciem, ale choć byłem na drugim końcu polski, to jednak w głowie miałem AZS Koszalin. Resovia to był etap mojego powrotu. Moim prawdziwym marzeniem było założenie znów koszulki AZS. Klubu, w którym zostałem wychowany i ukształtowany nie tylko jako koszykarz, ale także – poprzez różne relacje z kolegami i trenerami – jako człowiek.
- Tu jest wielka zasługa trenera Jerzego Olejniczaka, który od najmłodszych lat od kiedy wypatrzył mnie w szkolnej drużynie z Białogardu i ściągnął do Koszalina, zaszczepiał do mnie chęć i charakter do nieustannej pracy nad sobą.
Tu można na chwilę przerwać opowieść Balcerzaka, aby wyjaśnić rozbieżności na temat kariery zawodnika. Jej prawdziwa wersja opublikowana jest w Wikipedii – Balcerzak zaczynał grać w koszykówkę w szkole podstawowej w rodzinnym Białogardzie, ale jego pierwszym klubem jest AZS Koszalin i jego wychowankiem jest 30-letni obecnie skrzydłowy. Do Koszalina Balcerzak przeniósł się w ósmej klasie podstawówki, grał w AZS w kadetach, juniorach, seniorach. Miał epizod w Orle Białogard – było to roczne wypożyczenie w sezonie 1998/99 – ale nie jest wychowankiem tego klubu.
Balcerzak musiał być sportowcem, bo pochodzi ze sportowej rodziny. Mama grała w szkole średniej w piłkę ręczną, taka był solidnym – jak mówi zawodnik – trójskoczkiem i ma uprawnienia trenera lekkiej atletyki. Tylko siostra koszykarza poszła w inną stronę i kończy Państwową Wyższą Szkołę Teatralną we Wrocławiu.
Balcerzak rozegrał 108 spotkań w PLK. Jego rekord to 28 punktów, które rzucił nędznej Noteci Inowrocław pod koniec sezonu 2005/06. W kolejnym spotkaniu tamtych rozgrywek zdobył 20 przeciwko Astorii Bydgoszcz.
Średnie z całej kariery to 4,3 punktu oraz 1,1 zbiórki. W tym sezonie – pierwszym w PLK po wypadku – skrzydłowy AZS dwukrotnie zdobywał po 12 punktów. Widać, że stabilizuje formę na swoim, solidnym poziomie.
- Zawsze gram szczerze, zawsze z sercem – czy wychodzi, czy nie. Jestem człowiekiem ułomnym, mam swoje mankamenty, ale to niech oceniają trenerzy. Na boisku staram się pomagać drużynie – mogę trafić z dystansu, przypilnować, pokąsać przeciwnika w obronie. Jak zespołowi nie idzie, staram się poderwać go celnym rzutem. Jak jest dobrze, koncentruję się na pomaganiu w obronie. Za każdym razem próbuję znaleźć swoje miejsce.
Jak grał młody Balcerzak?
- Głupio mi o tym mówić, bo zabrzmi to nieskromnie, ale w młodzieżowych drużynach byłem głównym strzelcem. Razem z Pawłem Kowalczukiem, który obecnie gra w Treflu Sopot oraz moim najserdeczniejszym przyjacielem Krzysiem Wiechowskim stanowiliśmy trio, które decydowało o obrazie drużyny. Dominowaliśmy, a mi zdarzało się być najlepszym strzelcem z tego grona.
Największym sukcesem w karierze Balcerzaka był niewątpliwie ten niesamowity powrót do wyczynowego sportu po wypadku, ale co – poza wydarzeniami ostatnich lat – uważa zawodnik za swoje największe osiągnięcie, najlepszy moment w karierze?
- Patrząc z perspektywy czasu, nie tylko przez pryzmat mojej osoby, ale także całej społeczności koszalińskiej, największym sukcesem był awans AZS do ekstraklasy. To było cudowne przeżycie. Jestem obecnie jedynym zawodnikiem zespołu, który był naocznym świadkiem tego, jak tworzył się Klub Kibica, jak powstawało środowisko związane z koszykówką, któremu przychodzenie na mecze stwarza wielką radość niezależnie od naszych wyników.
Balcerzak był przed wypadkiem kapitanem AZS w ekstraklasie. Czy można o nim teraz mówić jako o symbolu tego klubu?
- Trzeba spytać kibiców. Ja staram się jak najlepiej wykonywać swoją robotę. Moja historia i mój związek z AZS jeszcze bardziej mnie motywuje do wkładania jeszcze więcej serca w drużynę.
- Nie zastanawiam się nad tym do kiedy będę grał w koszykówkę. Chciałbym jak najdłużej. Odczuwam wciąż głód gry i wiem, ile mi wciąż brakuje do osiągnięcia pewnego poziomu sportowego. Czuję motywację do pracy, czuję ją na każdym treningu. Lata lecą, ale nie jestem wyjałowiony fizycznie – nawet po tym wypadku. Wojtek Królik, Michael Ansley, Adam Wójcik, Leszek Karwowski, Andrzej Pluta – ich przygoda z koszykówką się praktycznie nie kończy. Też bym sobie tego życzył.
Balcerzak nie czuje w trakcie gry bólu, który byłby następstwem urazów odniesionych w wypadku.
- Kontuzje i drobne urazy mogą się pojawiać i one się pojawiają. Wypadek i rehabilitacja były jednak dla mnie treningiem ukojenia bólu w samym sobie. Wydaje mi się, że teraz mogę szybciej ten ból zwalczyć. Stopa, udo – tam bólu teraz nie czuję, jeśli już to cierpię na typowe koszykarskie kontuzje.
Największym marzeniem Balcerzaka jest zdobycie z AZS medalu mistrzostw Polski. Ma już krążki każdego koloru z mistrzostw akademickich, teraz chce tych najważniejszych, ekstraklasowych.
- Chciałbym poczuć ten moment, kiedy medal wisi na szyi. To byłaby nagroda za te treningi i inne wyrzeczenia. Z boku wygląda to prosto i fajnie – zawodnicy sobie biegają i grają. Nasze rodziny i bliscy są jednak przez nich odsuwani, bo sport wymaga dużego poświęcenia.
AZS, Balcerzak i walka o medale w play-off wydaje wam się połączeniem niemożliwym? Rozumiem, bo w PLK jest kilka lepszych drużyn niż AZS i wielu koszykarzy lepszych niż Balcerzak. Nie zapominajcie jednak, że dla tego zawodnika nie ma już rzeczy niemożliwych.
- To, co teraz powiem, zabrzmi może filozoficznie, ale wróciłem na parkiet także po to, żeby dać świadectwo. Świadectwo mojej wiary, ale także tego, że warto walczyć o to, w co się wierzy, co się kocha. Chodzi tu o inny rodzaj miłości niż ta międzyludzka, ale to – ja i koszykówka – też jest miłość.