01/08/2026
Będzie długo, ale intensywnie czyli dokladnie tak, jak nasza podróż po Skandynawii 😉
🇸🇪🇳🇴 Ponad 4500 km, dwa promy i namiot rozkładany z prędkością światła – nasza skandynawska wyprawa dzień po dniu
Czy można w dwa tygodnie przejechać ponad 4500 kilometrów, zobaczyć Szwecję i Norwegię, wejść na Preikestolen, popłynąć po Geirangerfjordzie, odwiedzić wikingów, zmarznąć pod Drogą Trolli i jeszcze nadal ze sobą rozmawiać?
Można. Sprawdziliśmy osobiście. 😂
Dzień 1 – prom do Ystad i początek wielkiej przeprowadzki
Nasza wyprawa rozpoczęła się od nocnego promu do Ystad.
Samochód zapakowaliśmy tak, jakbyśmy nie jechali na dwa tygodnie, tylko na stałe przenosili się do Skandynawii. Namiot, śpiwory, materace, ubrania na lato, jesień i prawdopodobnie wczesną zimę, zapasy jedzenia oraz kuchenka gazowa.
Już wtedy było wiadomo, że kuchenka zostanie jednym z najważniejszych uczestników wyprawy.
Pierwszą noc spędziliśmy w kajucie na promie. Były prawdziwe łóżka, łazienka i delikatne kołysanie do snu. Pełen luksus, chociaż rano trzeba było sobie przypomnieć, na którym pokładzie zostawiliśmy samochód.
Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak bardzo po kilku nocach pod namiotem będziemy doceniać wszystko, czego nie trzeba rozkładać, pompować, wbijać w ziemię ani wycierać przed schowaniem do pokrowca.
Dzień 2 – Ystad, muzeum Volvo, gigantyczna cynamonka i pierwsza noc pod namiotem
Po dopłynięciu do Ystad ruszyliśmy przez Szwecję w stronę Göteborga.
Były szerokie drogi, lasy, jeziora, czerwone domki i tak mało samochodów, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy wszyscy Szwedzi przypadkiem nie wyjechali na urlop do Polski.
W Göteborgu odwiedziliśmy muzeum Volvo, które okazało się prawdziwą rewelacją. Nawet osoby, które na co dzień nie analizują parametrów silników podczas śniadania, znalazły tam coś ciekawego. Zdecydowanie polecamy!
Zobaczyliśmy również fontannę Posejdona, liczne piękne kościoły, a później przeszliśmy ulicą Haga Nygata do klimatycznej dzielnicy Haga.
Tam zrobiliśmy swoją pierwszą prawdziwą szwedzką fikę, czyli przerwę na kawę i coś słodkiego. Zamówiona przez nas cynamonka zajmowała cały talerz i była przepyszna. W zasadzie nie była to już cynamonka, tylko pełnoprawny posiłek rodzinny.
Na zakończenie weszliśmy jeszcze na wzgórze i punkt widokowy, z którego mogliśmy podziwiać miasto z góry.
Na noc zatrzymaliśmy się na Lisebergs Camping Askim Strand pod Göteborgiem. To był nasz pierwszy camping i pierwszy poważny sprawdzian rodzinnej współpracy przy rozkładaniu prawie pięciometrowego namiotu.
Na początku podróży Skandynawia przywitała nas pogodą niemal tropikalną. Temperatura dochodziła do 27 stopni, więc zamiast wchodzić do śpiworów, spaliśmy po prostu na nich.
Przez chwilę mogliśmy nawet uwierzyć, że wszystkie opowieści o zimnej północy są mocno przesadzone.
Dzień 3 – Oslo, Małysz, norwescy piłkarze i hotelowy luksus w Drammen
Następnego dnia ruszyliśmy do Oslo.
Obejrzeliśmy z zewnątrz charakterystyczny budynek Opery, zobaczyliśmy Pałac Królewski i odwiedziliśmy muzeum poświęcone twórczości Edvarda Muncha. Poszliśmy także do Parku Vigelanda, pełnego niezwykłych rzeźb przedstawiających ludzi w najróżniejszych pozach i sytuacjach.
Nie mogło zabraknąć również Holmenkollen, czyli słynnej skoczni narciarskiej, na której Adam Małysz odnosił wielkie sukcesy. Dla polskich kibiców to właściwie nie jest zwykła skocznia, tylko miejsce niemal historyczne.
Akurat trafiliśmy na wyjątkowy dzień. Norwescy piłkarze wracali do kraju z mistrzostw świata, a przed Pałacem Królewskim trwały przygotowania do ich wielkiego powitania. Wszędzie montowano barierki, przygotowywano teren i było widać, że Oslo szykuje się na ogromne świętowanie.
Zwiedzanie zajęło nam znacznie więcej czasu, niż planowaliśmy. Było już za późno, żeby szukać campingu, rozkładać namiot i urządzać naszą objazdową sypialnię.
Podjęliśmy więc bardzo dojrzałą i odpowiedzialną decyzję:
– Bierzemy hotel!
Na noc zatrzymaliśmy się w Drammen, dzięki czemu mogliśmy rano szybko ruszyć dalej w kierunku Preikestolen.
Własna łazienka, prawdziwe łóżka i brak konieczności wychodzenia nocą do campingowej toalety zrobiły na nas ogromne wrażenie.
Byliśmy wypoczęci, czyści i pełni optymizmu. Czyli zupełnie nieświadomi tego, co czeka nas dalej. 😅
Dzień 4 – Miecze w Skale oglądane w trybie ekspresowym
Ruszyliśmy w stronę Stavanger, gdzie chcieliśmy zobaczyć słynne Miecze w Skale.
Na miejscu okazało się jednak, że w pobliżu praktycznie nie ma gdzie zaparkować. Zamiast rodzinnego spaceru i spokojnej sesji zdjęciowej odbyła się więc akcja specjalna.
Ja wysiadłam z samochodu, pobiegłam zrobić zdjęcia, a reszta rodziny krążyła w pobliżu, czekając na sygnał do ewakuacji.
Dzięki temu mamy zdjęcia mieczy, chociaż nie wszyscy mogą oficjalnie potwierdzić, że widzieli je z bliska. 😂
Później pojechaliśmy w stronę Preikestolen i rozpoczęliśmy prawdziwie norweską część podróży: góry, tunele, promy, wodospady i regularnie powtarzające się pytanie:
– Daleko jeszcze?
Na noc zatrzymaliśmy się na Kongeparken Camping, położonym tuż obok jednego z największych parków rozrywki w południowej Norwegii.
Dziewczyny prawdopodobnie chętnie zamieniłyby następnego dnia górski trekking na kolejki i karuzele, ale rodzice mieli już plan:
– Rano idziemy na Preikestolen i żadna kolejka górska nie będzie nam zmieniać harmonogramu!
Dzień 5 – Preikestolen i najlepszy camping według dziewczyn
Weszliśmy na Preikestolen.
Podczas podejścia regularnie pojawiały się pytania:
– Ile jeszcze?
– To już połowa?
– Dlaczego wszyscy mówią, że ten szlak jest łatwy?
Na górze każdy stwierdził, że było warto. Widok na Lysefjord był niesamowity, pogoda dopisała, a zdjęcia wyglądały jak z katalogu Norwegii.
Potem przypomnieliśmy sobie, że samochód został na dole.
Po zejściu pojechaliśmy na Sauda Camping. Ten camping został jednogłośnie uznany przez dziewczyny za najlepszy podczas całej podróży.
Powód był prosty: można było wykąpać się w fiordzie!
Temperatura wody była zapewne odpowiednia dla morsów, fok i ludzi, którzy chwilowo stracili czucie w stopach, ale dzieciom zupełnie to nie przeszkadzało. Weszły do wody z entuzjazmem, podczas gdy dorośli stali na brzegu, pilnowali ręczników i bardzo rozsądnie twierdzili, że ktoś przecież musi robić zdjęcia.
Dzień 6 – Sauda, Odda, Stegastein i wielka noclegowa ruletka
Dalej jechaliśmy przez Saudę i Oddę.
Mijaliśmy góry, fiordy, tunele i wodospady pojawiające się praktycznie co kilka kilometrów. Na początku zatrzymywaliśmy się przy każdym. Po kilku dniach reakcja wyglądała już mniej więcej tak:
– Patrzcie, wodospad!
– Duży?
– Średni.
– To jedziemy dalej. 😂
Obiady gotowaliśmy na kuchence gazowej na parkingach i miejscach odpoczynku. Okazało się, że makaron z sosem smakuje jak danie z luksusowej restauracji, kiedy je się go na ławce z widokiem na fiord.
Nasza kuchenka miała lepsze lokalizacje niż niejeden znany szef kuchni.
Tego samego dnia dotarliśmy na Stegastein – platformę widokową, która wygląda, jakby ktoś zaczął budować most nad przepaścią, ale w połowie stwierdził:
– Wystarczy. Tutaj zakończymy.
Widok na Aurlandsfjord był przepiękny.
Wieczorem rozpoczęła się jednak jedna z największych przygód całego wyjazdu: poszukiwanie noclegu.
Okazało się, że wszystkie campingi w okolicy są pełne.
Obdzwoniliśmy sześć campingów. Odwiedziliśmy cztery. Za każdym razem słyszeliśmy mniej więcej:
– No vacancy.
– Full.
– Sorry.
W pewnym momencie wyglądało to tak, jakby cała Skandynawia postanowiła tej samej nocy spać dokładnie na naszej trasie.
Zaczęliśmy nawet zastanawiać się, czy nasz samochód nie jest przypadkiem całkiem wygodnym czteroosobowym apartamentem.
Ostatecznie udało nam się znaleźć miejsce na Myrkdalen Camping.
Nigdy wcześniej kawałek trawy nie wywołał w nas takiej radości. Namiot rozstawiliśmy z ulgą większą niż po wejściu na Preikestolen i w takim tempie, jakbyśmy bali się, że ktoś zaraz zmieni zdanie i odbierze nam parcelę.
Od tego momentu hasło „camping znajdziemy po drodze” przestało być w naszej rodzinie uznawane za rozsądny plan.
Po tej przygodzie postanowiliśmy nie testować ponownie odporności naszych nerwów. Skorzystaliśmy z aplikacji Campio i od razu zarezerwowaliśmy dwa kolejne noclegi: na Innvik Camping oraz Trollstigen Resort.
Zaoszczędziliśmy dzięki temu mnóstwo czasu, telefonowania i nerwowego krążenia od campingu do campingu. Bardzo fajna aplikacja – zdecydowanie polecamy!
Dzień 7 – Viking Valley, polscy wikingowie, lodowiec i Innvik
Odwiedziliśmy Viking Valley w Gudvangen.
To miejsce szczególnie spodobało się dzieciom, ponieważ mogły walczyć mieczami, strzelać z łuku i korzystać z wielu ciekawych zabaw.
W końcu znalazły się w miejscu, gdzie można było bezkarnie wymachiwać mieczem, a rodzice nie tylko nie protestowali, ale jeszcze robili zdjęcia i mówili:
– Świetnie, to bardzo edukacyjne! 😂
Na miejscu spotkaliśmy również pracujących tam Polaków. Okazało się więc, że nawet w norweskiej wiosce wikingów można usłyszeć znajomy język.
Przez chwilę rozważaliśmy, czy nie zostawić dzieci pod opieką polskich wikingów, ale nadal potrzebowaliśmy pomocy przy rozkładaniu namiotu.
Tego samego dnia zobaczyliśmy lodowiec Bøyabreen.
To świetne miejsce, ponieważ lodowiec można podziwiać bez wielogodzinnego trekkingu. Po Preikestolen nasze nogi przyjęły tę informację z dużą ulgą.
Następnie jechaliśmy przez okolice Olden i Innvik, podziwiając fiordy, góry i kolejne krajobrazy, przy których człowiek mówi:
– Zatrzymaj się, zrobię tylko jedno zdjęcie.
Po czym wraca do samochodu po piętnastu minutach i trzydziestu nowych zdjęciach.
Na noc zatrzymaliśmy się na zarezerwowanym wcześniej przez Campio Innvik Camping.
Po przygodzie z poszukiwaniem noclegu w Myrkdalen sam fakt, że ktoś na nas czekał i mieliśmy zagwarantowany kawałek trawy, działał niezwykle uspokajająco.
Można było spokojnie rozłożyć namiot, popatrzeć na otaczające góry i wodę oraz przez chwilę udawać, że właśnie tak wygląda nasze codzienne życie: rano fiord, wieczorem góry, a pomiędzy nimi obiad z kuchenki gazowej.
Dzień 8 – Geiranger i 75 minut zachwytu
Dotarliśmy do Geiranger, gdzie popłynęliśmy w 75-minutowy rejs widokowy po Geirangerfjordzie.
Zobaczyliśmy strome skalne ściany, dawne gospodarstwa położone wysoko nad wodą oraz słynne wodospady, między innymi Siedem Sióstr i Zalotnika.
Widoki były tak piękne, że przez całe 75 minut prawie nikt nie pytał, kiedy będzie obiad.
Później pojechaliśmy na Ørnesvingen, czyli Drogę Orłów. Z punktu widokowego mogliśmy zobaczyć Geirangerfjord z góry i przekonać się, jak wiele zakrętów właśnie pokonaliśmy.
Im dalej jechaliśmy na północ, tym robiło się chłodniej. Śpiwory, na których spaliśmy na początku wyjazdu, coraz bardziej zaczynały służyć zgodnie ze swoim właściwym przeznaczeniem.
Ciepłe bluzy również przestały być zbędnym bagażem zajmującym pół samochodu.
Dzień 9 – Droga Trolli i noc, której nasze śpiwory długo nie zapomną
Ruszyliśmy w stronę Drogi Trolli.
Serpentyny, góry, wodospady i widoki były spektakularne. Po kilku dniach jazdy po Norwegii zakręty przestały już robić na kierowcy większe wrażenie. Cała reszta samochodu nadal lekko przesuwała się na siedzeniach.
Na noc zatrzymaliśmy się na zarezerwowanym wcześniej Trollstigen Resort, już za Drogą Trolli.
To była nasza ostatnia noc pod namiotem i jednocześnie najzimniejsza noc całej wyprawy.
W nocy temperatura spadła do zaledwie 7 stopni. Do tego padał drobny, wyjątkowo nieprzyjemny deszcz. Tym razem nikt już nie spał na śpiworze. Każdy był szczelnie zawinięty w swój jak w kokon i zastanawiał się, czy można założyć wszystkie ubrania z walizki jednocześnie, a potem jeszcze zmieścić się w środku.
Rano było około 11 stopni. Namiot był mokry od deszczu, ale przez całą podróż obowiązywała u nas żelazna zasada: nigdy nie składamy go mokrego.
Dlatego również tego poranka dokładnie wytarliśmy namiot do sucha przed schowaniem go do pokrowca. Jedna osoba trzymała tropik, druga wycierała, trzecia pilnowała, żeby materiału nie porwał wiatr, a czwarta pytała:
– Możemy już jechać?
Trochę wymarzliśmy, ale przynajmniej namiot trafił do samochodu suchy i gotowy na kolejną wyprawę.
Dzień 10 – Molde, Trondheim i profesjonalna ekipa namiotowa
Przez okolice Molde i Trondheim ruszyliśmy dalej w stronę Szwecji.
Po wielu nocach na campingach nasz prawie pięciometrowy namiot rozkładaliśmy już z prędkością światła.
Każdy znał swoje zadanie. Jedna osoba rozkładała tropik, druga wbijała śledzie, trzecia pompowała materace, a czwarta próbowała ustalić, gdzie tym razem schowaliśmy młotek.
Nie trzeba było wydawać poleceń. Działaliśmy jak profesjonalna ekipa techniczna podczas dużego festiwalu.
Tylko zamiast sceny powstawała nasza sypialnia.
Równie sprawnie przebiegało składanie. Najpierw dokładne wycieranie namiotu do sucha, później zwijanie, upychanie do pokrowca i tradycyjne zdziwienie, jak to możliwe, że rano zajmuje on dwa razy więcej miejsca niż poprzedniego wieczoru.
Dzień 11 – Åre i powrót do cywilizacji
W Åre nocowaliśmy w hotelu.
Po zimnej i deszczowej nocy za Drogą Trolli hotel wydawał się pałacem. Prawdziwe łóżko, ciepły prysznic, własna łazienka i najważniejsze: rano nie trzeba było niczego wycierać, suszyć, składać ani upychać w samochodzie.
Nawet zwykły hotelowy korytarz wydawał się wtedy wyjątkowo luksusowy.
Mogliśmy wysuszyć rzeczy, odpocząć i ponownie poczuć się jak ludzie, a nie objazdowa ekipa do spraw budowy i demontażu namiotu.
Dalej pojechaliśmy przez Östersund do Umeå. Norweskie fiordy zamieniliśmy na szwedzkie lasy, jeziora i długie drogi, na których większą szansę mieliśmy spotkać renifera niż korek.
Kolejne dni – odpoczynek u rodziny
W Umeå spędziliśmy kilka dni u rodziny.
Był to zupełnie inny rodzaj noclegu: bez meldowania się w hotelu, bez szukania numeru parceli i bez sprawdzania prognozy pogody przed rozłożeniem namiotu.
Nie trzeba było zastanawiać się, czy wieczorem zacznie padać ani gdzie rano wycierać tropik. Można było spokojnie zatrzymać się w jednym miejscu, odpocząć i opowiedzieć wszystkie historie z trasy.
Po tylu dniach codziennego pakowania samochodu możliwość nieruszania się przez chwilę była atrakcją samą w sobie.
Ostatnie dni – Sztokholm, statek Vasa i powrót do Polski
Na zakończenie dotarliśmy do Sztokholmu, gdzie zatrzymaliśmy się w hotelu.
Zwiedziliśmy miasto oraz Muzeum Vasa, w którym znajduje się niemal w całości zachowany XVII-wieczny okręt wydobyty z dna morza.
Statek zrobił ogromne wrażenie nawet na tych, którzy zwykle na hasło „muzeum” reagują nagłym zmęczeniem i pytaniem o najbliższą kawiarnię.
Po ostatniej nocy w hotelu ruszyliśmy do Nynäshamn, skąd wypłynęliśmy nocnym promem do Gdańska.
Ponownie spaliśmy w kajucie, więc wyprawa zakończyła się dokładnie tak, jak się rozpoczęła – noclegiem na morzu.
Różnica była taka, że na początku jechaliśmy wypoczęci, z czystymi ubraniami i starannie zapakowanym samochodem.
Wracaliśmy z tysiącami zdjęć, stertą rzeczy upchanych wszędzie, gdzie tylko się dało, oraz przekonaniem, że przeżyliśmy naprawdę wspaniałą skandynawską przygodę.
Podsumowanie wyprawy
Przez dwa tygodnie przejechaliśmy samochodem ponad 4500 kilometrów.
Były:
⛴️ dwa nocne promy i dwie noce w kajutach,
🏕️ campingi w Askim Strand, przy Kongeparken, w Saudzie, Myrkdalen, Innvik i przy Drodze Trolli,
🏨 hotele w Drammen, Åre i Sztokholmie,
🏡 kilka dni u rodziny w Umeå,
🚙 ekspresowa akcja fotograficzna przy Mieczach w Skale,
⛰️ trekking na Preikestolen,
⚔️ wioska wikingów z polskim akcentem,
🧊 lodowiec Bøyabreen,
🚤 rejs po Geirangerfjordzie,
💦 Siedem Sióstr, Zalotnik i niezliczone inne wodospady,
🛣️ Droga Orłów i Droga Trolli,
🌡️ temperatura od 27 stopni na początku wyjazdu do 7 stopni podczas ostatniej nocy pod namiotem,
☎️ sześć telefonów i cztery odwiedzone campingi podczas wielkiego poszukiwania noclegu,
📱 aplikacja Campio, która uratowała nas przed kolejnymi poszukiwaniami,
🏊 kąpiel w fiordzie na najlepszym według dziewczyn campingu,
☕ szwedzka fika z cynamonką wielkości talerza,
🍲 oraz mnóstwo obiadów ugotowanych na kuchence gazowej.
Skandynawia nauczyła nas kilku ważnych rzeczy:
✅ 100 kilometrów w Norwegii nie oznacza krótkiej przejażdżki.
✅ Camping, na którym „na pewno będzie miejsce”, może być pełny.
✅ Po jednej noclegowej katastrofie warto zainstalować Campio i zarezerwować kolejne noclegi wcześniej.
✅ Pogoda potrafi zmienić się szybciej niż nasze plany.
✅ Można rozpocząć podróż od spania na śpiworach przy 27 stopniach, a zakończyć namiotową część wyprawy zawiniętym w śpiwór przy 7 stopniach.
✅ Hotel po kilku nocach pod namiotem wydaje się pałacem.
✅ Najlepsza restauracja ma ławkę, kuchenkę gazową i widok na fiord.
✅ Namiot naprawdę można nauczyć się rozkładać z prędkością światła.
✅ Polaków można spotkać nawet w norweskiej wiosce wikingów.
✅ Cynamonka może być większa od obiadu.
✅ Po tygodniu w Norwegii „kolejny wodospad” nadal zachwyca, tylko czasami już z wnętrza samochodu.
Czy było intensywnie? Bardzo.
Czy czasami mieliśmy dość pakowania samochodu, rozbijania namiotu, wycierania tropiku i szukania noclegu? Oczywiście.
Czy pojechalibyśmy jeszcze raz?
Zdecydowanie tak. Tylko następnym razem najlepiej na trzy tygodnie… i może z grubszymi śpiworami. 😂❤️
09/06/2026
21/03/2026
19/01/2026
24/08/2025
20/08/2025