23/08/2026
Chciałbym, żebyście wiedzieli, że nazwę Joga Jana wymyśliła Karo Stanisławska - autorka poniższego tekstu - Bycie w Lesie.
Ta ciekawostka posłuży mi dziś jako pretekst do opowiedzenia o tym, że Joga Jana powstawała i wciąż się staje poprzez pobierane przeze mnie nauki, własne eksploracje, ale przede wszystkim poprzez inspirujących mnie ludzi i doświadczenia.
Jednym z najbardziej wartościowych doświadczeń mojego życia jest przyjaźń z Mieszko i Karo Stanisławskimi. Z Mieszkiem łączy mnie braterska, głęboka więź, która sama w sobie może być tematem na osobną opowieść ( możne kiedyś). Tu jednak chciałbym skupić się na tym co ta cudowna para tworzy razem. Co daje światu i ludziom.
O doświadczeniu Vision Quest Karo pisze w cytowanym poniżej tekście. Podpisuję się pod tym. Sam doświadczyłem dwukrotnie i polecam z głębi serducha.
Chciałbym jednak dodać, że to w jaki sposób Karo i Mieszko wprowadzają w proces i trzymają jego przestrzeń z czułością i klarownością - jest unikatowe. To bardzo wartościowe przeżycie. Będąc uczestnikiem prowadzonych przez nich wypraw w głąb puszczy i vision questów czułem się bezpiecznie, czułem się zainspirowany i zachęcony do pogłębiania własnego doświadczenia w łagodny i zdecydowany sposób. Mam głębokie przekonanie, że Mieszko i Karo są świetnymi profesjonalistami w tym co robią. A przy tym mają dobre serducha, które czuć. Polecam!
Przeczytawszy tekst Karo zapragnąłem podzielić się tym momentem wdzięczności za to, że w moim życiu są Karo i Mieszko.
Vision Quest
No dobrze... ale co ja z tego będę miała?
Jaki to ma sens?
Cały ten trud, głód, samotność...
Dowie się tego jedynie ten, kto wyruszy...
Zostawiam to, co znam, i wchodzę do kręgu. Do przestrzeni sacrum, mojego osobistego wehikułu, który zabierze mnie... no właśnie... gdzie?
Na cztery doby zostawiam bycie żoną, matką, pracowniczką, obywatelką... W pewnym sensie zostawiam wszystko i przestaję być kimkolwiek.
Po wyjściu z nawykowego bycia w działaniu i odhaczaniu „to-do-list” umysł w końcu osiada w sobie. Relatywnie szybko. Wyostrzają mi się zmysły. Świat pachnie i smakuje, dotyk i dźwięk odżywiają, deszcz cieszy, otaczający las napawa zachwytem.
Nie mam nic do zrobienia, więc dość łatwo jest Być. Czuję, że wracam do siebie. Czuję, że wracam do zdrowia.
Z tego (nie)zwykłego Bycia stopniowo wyłania się klarowność. Jasne stają się dla mnie życiowe priorytety. Odpowiedzi na długo zadawane sobie pytania stają się oczywiste. Wiem, co dla mnie ważne, czemu warto poświęcić swój czas.
Banalne, uniwersalne, oczywiste, ludzkie – rodzina, zdrowie, bezpieczeństwo, przyroda, relacje – a jednak doświadczone sercem – są dla mnie bezsprzecznie najważniejsze.
Przychodzi też czas słabości i lęku. Tu wiem, że mogę poddać się mu bezwładnie, pozwolić się pożreć wyłaniającym się potworom i jednocześnie obserwować z ciekawością, minuta po minucie, to, co jest esencją strasznego. Ciało słabnie, kurczy się i boli, serce wali, a nalanie sobie wody do kubka staje się dla mnie wyzwaniem. Widzę wyraźnie, jak nagłe osłabienie ciała zabiera mój umysł z zachwytu nad istnieniem – w mrok. Przypominam sobie to, co dobrze wiem - to tylko ciało się oczyszcza, to chwilowe, nic złego się nie dzieje... mimo to pojawia się pytanie...
Czy bycie w tym trudzie ma sens?
Postanawiam ocenić to, gdy proces dobiegnie końca. Odpowiedź przychodzi jednak wcześniej. Z mroku wyłaniają się wspomnienia. Towarzysząca im opowieść łączy się z emocjami – jak dotąd, wydawałoby się, nigdzie nieprzyporządkowanymi. Czuję i rozumiem. Doświadczenie łączy się w całość. Jestem wdzięczna słabości, że zabrała mnie właśnie tam. Do przeżycia nieprzeżytego, przejścia przez opowieść do końca i ostatecznie – wyjścia do światła. Naturalnie, jakby siłą rzeczy, mocą procesu, który trzymał mnie w swoich objęciach. Wystarczyła obecność.
Doceniam ten trud na wielu poziomach. Pozwolił mi dotknąć tak wielu scenariuszy istnienia. Jak to jest być słabym w chorobie? Jak to jest tracić siły już ostatni raz – umierając? Jak to jest głodować nie z wyboru? Choć byłam z dala, widziałam tak bardzo z bliska – ogrom cierpienia świata.
A potem przyszła ogromna wdzięczność, że wkrótce wrócę tam, gdzie pali się dla mnie ogień i czeka ciepła zupa.
Był też moment, gdy czas wydawał się stać w miejscu, a cztery doby odosobnienia urosły do rozmiarów bestii, której nie da się nawet objąć wyobraźnią. Usłyszałam wtedy słowa Beppa Zamiatacza Ulic, przyjaciela Momo z książki Michaela Ende, który mówi: nigdy nie wolno myśleć o całej ulicy, którą ma się do pozamiatania. Wtedy człowiek zaczyna się spieszyć, staje się zmęczony i wydaje mu się, że nigdy nie dojdzie do końca. Wtedy przestaje lubić to, co robi. Nigdy nie można tak myśleć. Pamiętaj. Trzeba widzieć tylko kolejny oddech i kolejny ruch miotłą. Oddech i ruch miotłą. Wtedy to sprawia przyjemność. Tak trzeba myśleć.
..I zamiataliśmy z Beppem. Oddech za oddechem. Aż doszliśmy do końca. I zrobiło się całkiem czysto.
Może to właśnie znaczy dobrze przeżyć życie...
..Z wiatrem przyszła świeżość. W miejsce tego, co powinnam osiągnąć, jak wypaść, do czego być zdolna i gotowa, czemu podołać, jak bardzo być silna i na ile zmotywowana jako matka, żona, biała kobieta, obywatelka... zostało jedno słowo.
Człowiek.
Jestem człowiekiem w środku lasu-życia. Człowiekiem w swej esencji. Wokół mnie chruczą żubry, szczekają sarny, hukają sowy. Siedzimy razem w kręgu istnienia. Sowa nie musi hukać bardziej. Matka naturalnie wie, jak. Żubrom należy się trawa. Ja... siedzę i po prostu wystarczam. Może wszystko w swej esencji jest naprawdę proste?
Ale... czy z samego Bycia coś wynika? Czy zajdzie we mnie jakaś przemiana, jeśli tylko będę? Bez działania, determinacji, zaciśniętych warg i pięści, trudu, potu czoła i tego wszystkiego...?
I tak. Zaszła. Widzę wyraźniej, czuję głębiej, nazywam precyzyjniej, wiem, co dla mnie ważne. Znam lepiej swoją siłę i swoją słabość. Trzymam się mniej kurczowo. Jestem bliżej swoich potrzeb. Widzę wyraźniej drogę, którą przeszłam przez ostatnie lata, i to, co wciąż przede mną.
I chce mi się żyć.
Dzięki byciu z dala rozpoznałam lepiej swój wewnętrzny krajobraz. Nazwałam rzeczy po imieniu. Teraz zamiast trwać w wewnętrznym zagubieniu, mogę wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić to, co konieczne, na ile się da. Oddech za oddechem. Tylko jeden ruch miotły na raz. Tak należy myśleć. Pamiętam.
----
Karo
PS Na przełomie września i października, w samym środku rykowiska jeleni, ostatnie w tym roku wydarzenie: Wyprawa w głąb... 27.09–3.10 (Bieszczady) .
Można się jeszcze zapisywać.
Zapraszamy 💚