07/06/2026
Witaj i czuj się jak u siebie, krytykuj, wyrażaj swoje refleksje, tu nie ma błędnych pomysłów, tutaj nikt nie będzie karał za poglądy. Tu szukamy rozwiązań, tu wzmacniamy to co działa!
W sporcie mówi się, że trener musi być trzy kroki przed konkurencją.
W golfie w Polsce? Czasem mam wrażenie, że większość stoi trzy kilometry za rzeczywistością — i jeszcze wierzy, że to sprint do przodu.
Rywalizacja trwa. Zawsze trwa. I zawsze będzie trwać.
A jednym z jej elementów — czy komuś się to podoba, czy nie — jest osłabianie konkurencji, podsyłanie fałszywych autorytetów, karmienie środowiska „mądrościami” bez pokrycia. Naiwność polskich golfistów jest momentami porażająca. Nie ma wyników, ale wszyscy idą w zaparte.
A przecież „Po owocach poznaje się drzewo”.
Tymczasem wszyscy czekają na gruszki na wierzbie.
Kto w Polsce wie, że na najwyższym poziomie dostosowuje się rezonans kijów golfowych?
Kto rozumie teorię mózgów wzrokowych?
Kto zna antropomotoryczną teorię Bernsteina?
Kto stosuje badania Gabrieli Wulf w planowaniu treningu?
Kto rozumie cybernetyczną teorię charakteru Mazura, by wiedzieć, z jakim typem zawodnika pracuje?
Czy ktokolwiek w planowaniu treningu zastosował amerykański model uwagi sprawdzony przez Prof. Jana Blecharza w sukcesach Małysza, Renty Mauer-Różańskiej czy mistrza kierownicy Leszka Kuzaja?
Czy jest w Polsce ktokolwiek, kto naprawdę się tym interesuje?
Czy my naprawdę porywamy się z motyką na księżyc” marząc o złocie olimpijskim?
Bo chyba marzymy, prawda?
A jednocześnie wiem, że konkurencja też nie ogarnia — bo czytam „opracowania” profesorków biomechaniki z Teksasu. I powiem jedno: nie mają poziomu nawet Stanisława Milkowskiego z „Silnika Golfisty”. To jest dopiero ironia!
Czy jest w Polsce ktoś, kto potrafi podjąć poważną, trenerską dyskusję o przyczynach braku wzrostu najlepszych polskich golfistów?
Bo wygląda na to, że tylko w golfie wierzy się w mit Barona Münchhausena — że zawodnik sam siebie wyciągnie za włosy z bagna.
Ta wiara jest systemowo podtrzymywana.
Słyszałem kiedyś od menedżerów mistrzowskich pól golfowych:
„Trenerzy to największy niechciany koszt rozwoju golfa.”
W każdym innym sporcie takie zdanie byłoby absurdalne.
W golfie — bywa normą.
A przecież historia sportu jest jednoznaczna:
Zawodnik bez procesu treningowego nie osiągnie niczego trwałego.
Ci, którzy „doszli sami”, byli po prostu własnymi trenerami — analizowali, planowali, budowali.
Ale na najwyższy poziom wchodzą tylko ci, którzy mają za sobą mocne, analityczne umysły uzbrojone w wiedzę, której nie znajdziesz na YouTubie ani w broszurach marketingowych.
Rywalizacja golfowa to rywalizacja międzypaństwowa.
To gra o dominację.
O to, kto kogo ma podziwiać, a kto ma być podziwiany.
Każdy dobry trener jest solą w oku konkurencji.
Dlatego wysyła się „agentów wpływu”, by niszczyć morale, wprowadzać w maliny, promować wątpliwe wzorce rozwoju.
A władze polskiego golfa?
Jak dzieci we mgle.
Służalczo naśladują fałszywe wzorce, wierząc, że wielkie imperia golfowe chcą nas rozwijać.
Tak — rozwijać jako rynek zgubionych piłek, bo na tym zarabiają krocie.
Nigdy nie dopuszczą do powstania nowej potęgi.
Ale jest jedna rzecz, której nie biorą pod uwagę:
pracowitość Koreańczyków jest imponująca, ale to inteligencja Polaków może zrobić różnicę.
Czas połączyć kropki.
Czas sprofesjonalizować polskiego golfa.
Czas zakasać rękawy, włączyć refleksyjność, weryfikować wszystko, co nie działa — i odkładać do muzeum błędnych teorii, jako przestrogę dla tych, którzy przyjdą po nas.
Bo jeśli nie my, to kto?