04/08/2026
To prawda, autorytet w dziedzinie psychologii nie powinien dawać takiego przykładu, bo młodzi doglądają i uczą się od niego, a nie do końca mają jeszcze wykształcone krytyczne myślenie 🫣 Publiczne wypowiedzi Ewy Wojdyłło były zawsze logiczne, przemyślane i mądre. Tutaj niestety oscylują między niesprawiedliwą oceną a obrażaniem z dodatkiem braku empatii. Protest wobec jej wypowiedzi jest słuszny i użyteczny, bo wyraża społeczny i globalny brak przyzwolenia na takie zachowania. Sportowiec też człowiek, pragnie być akceptowany, rozumiany i dobrze traktowany❣️
Kochani, to dla mnie przykra sprawa, bo sama jestem psychologiem i nie mogę w tej sytuacji milczeć.
To, że w polskiej debacie publicznej ujawniają się nasze narodowe kompleksy i projekcje - o tym pisałam już nieraz. Nie spodziewałam się jednak takiego braku świadomości u osoby, która powinna stać na straży języka wolnego od przemocy i uczyć go na własnym przykładzie.
„Ruska baba”. „Ordynus”. „Dmucha sobie tę gębę”. „Wypindrza się”. „Naprawdę fuj”.
Nie, to nie są komentarze anonimowego internauty spod artykułu. To słowa znanej psycholożki, autorki książek poświęconych rozwojowi osobistemu, wypowiedziane na temat tenisistki Aryny Sabalenki.
Od lat poruszam problem hejtu i przemocy. Słowa nie są niewinne, ponieważ mogą upokarzać, odczłowieczać i dawać społeczne przyzwolenie na dalszą agresję.
Oczywiście można nie lubić czyjegoś zachowania. Można krytykować postawę sportowca, jego publiczne wypowiedzi czy relacje z politykami. Ale krytyka zachowania to nie to samo co publiczne obrażanie człowieka.
„Nie podoba mi się jej postawa” jest opinią.
„Ruska baba”, „gęba” i „ordynus” są obelgami.
Ewa Woydyłło stwierdziła także w wywiadzie, że Iga Świątek „wykreowała się na taką rozumną, dojrzałą, mądrą dziewczynę”, ale jest „prawdopodobnie głupiutka, wystraszona” i „sama nie rozumie tego, co się dzieje”.
Na jakiej podstawie pani psycholog publicznie określa dorosłą, odnoszącą światowe sukcesy kobietę jako „głupiutką”? Czy przeprowadziła z nią rozmowę? Czy zna jej wewnętrzne motywacje, lęki i sposób rozumienia własnej sytuacji?
Publiczne przypisywanie człowiekowi dewaluujących cech bez rzetelnych podstaw, połączone z jego infantylizowaniem, budzi poważne wątpliwości etyczne - szczególnie gdy robi to osoba o pozycji psychologicznego autorytetu.
Niepokoi również język o wyraźnie ksenofobicznym wydźwięku, użyty wobec Aryny Sabalenki: „No, Białorusinka, ruska baba”, „robi wojnę w Ukrainie”.
To nie jest krytyka konkretnych zachowań zawodniczki, tylko wylew projekcji. Można oceniać publiczne wypowiedzi czy postawę polityczną sportowca, ale nie można przypisywać mu osobistej odpowiedzialności za prowadzenie wojny. Zwłaszcza że Aryna Sabalenka publicznie oświadczyła, iż nie popiera wojny ani Łukaszenki.
To jednak nie wszystko.
„Nie lubię mężczyzn grających w damskiego tenisa z kobietami. A ona jest po prostu facetem” - powiedziała pani psycholog.
Nie stanowi to krytykę techniki gry, tylko próbę zdyskredytowania kobiety dlatego, że jest silna, umięśniona, ekspresyjna i nie mieści się w stereotypowym wyobrażeniu o delikatnej, pełnej wdzięku zawodniczce.
To jeden z mechanizmów mizoginii: kobieta ma stale udowadniać, że pasuje do czyjegoś obrazu żeńskości. A kiedy nie mieści się w tej niemożliwej konstrukcji, jej ciało, inteligencja i kobiecość stają się przedmiotem publicznego osądu.
Psycholog nie jest człowiekiem bez emocji. Ma prawo do złości, niechęci i własnych ocen. Dyplom nie odbiera terapeucie ludzkiej niedoskonałości. Jednak jako autorytet publiczny ponosi większą odpowiedzialność za własne słowa i własny Cień.
Jeżeli zawodowo uczymy ludzi regulowania emocji i szacunku do granic, sami powinniśmy tych zasad przestrzegać. Nie można mówić o akceptacji, a jednocześnie publicznie szydzić z czyjejś twarzy, wyglądu i inteligencji.
Nie można uczyć dojrzałości emocjonalnej, posługując się językiem szkolnego prześladowcy. Nie można również potępiać agresji, samemu korzystając z upokorzenia jako narzędzia wyrażania własnej niechęci.
Kiedy język nienawiści płynie z anonimowego konta, jest bolesny. Kiedy płynie ze strony osób, które powinny stać na straży odpowiedzialnej komunikacji, staje się szczególnie niebezpieczny.
Dostaje bowiem pieczęć autorytetu, a pospolity hejt zaczyna uchodzić za ekspercką rację. Zło udaje wówczas dobro. Ciągle obserwujemy to u naszych polityków i publicystów - widzimy, jak przesuwają granice.
Biorąc „przykład” z góry, nie umiemy już odróżnić hejtu od krytyki, a nasz język staje się coraz bardziej nienawistny. W taki sposób normalizujemy przemoc.
Należy krytykować bez poniżania człowieka. Sprzeciwiać się bez odczłowieczania. Nazywać dysfunkcję, nie stając się jej kolejnym nośnikiem. To jest sztuka, której oczekiwałabym przede wszystkim od nas - psychologów i terapeutów.
Przecież komunikacja wolna od przemocy należy do podstawowych obszarów naszej pracy zawodowej. Jak mamy jej uczyć innych, jeśli sami nie potrafimy publicznie krytykować z zachowaniem godności i szacunku?
Zgadzasz się?
Farida Sorana