02/09/2026
Północna część półwyspu Istria to w kilku aspektach (administracyjnym, historycznym i turystycznym) jeden z najciekawszych zakątków Europy. Pijąc kawę w centrum słoweńskiego Kopru jesteśmy zaledwie 10 km od granicy z Włochami oraz tylko 16 km od rzeki Dragonja, która pełni funkcję naturalnej granicy z Chorwacją. Przy umiarkowanym natężeniu ruchu w ciągu 20 minut można więc przejechać przez terytorium trzech krajów.
O międzynarodowym charakterze Istrii (czy to słoweńskiej, czy chorwackiej) świadczą też tablice informacyjne, których treść zawsze podana jest w dwóch językach: rodzimym i włoskim. A czasami nawet w trzech, ponieważ w Koprze na znakach kierujących do chorwackiej Puli znajdziemy zapis w formie: Pulj/Pola/Pula.
Wynika to oczywiście z uwarunkowań historycznych i tego, że Istria przez wieki była pod silnym wpływem oraz panowaniem włoskim (przede wszystkim Republiki Weneckiej), a exodus Włochów z tych terenów tak naprawdę na dobre nastąpił dopiero w latach 50-tych.
Po drugiej wojnie światowej obszar Triestu oraz północnej części Istrii (obszar dzisiejszego wybrzeża Słowenii, a także chorwackich miasteczek Umag, Novigrad i Buje) stał się przedmiotem konfliktu, który omal nie zakończył się wojną Włoch z Jugosławią.
Triest z racji na swoje położenie jako łącznik Europy Środkowej z basenem Morza Śródziemnego po wojnie stał się celem o znaczeniu strategicznym. Ochotę na objęcie miasta swoją jurysdykcją miała Jugosławia, która w 1945 r. zajęła Triest i przez kilkadziesiąt dni go okupowała.
W 1947 r. utworzono parapaństwo - Wolne Terytorium Triestu, które podzielono na dwie strefy: A (Triest i okolice) administrowana przez Amerykanów oraz Brytyjczyków i B (północna część półwyspu Istria) będąca pod nadzorem Jugosławii. Tito ciągle miał jednak apetyt na pełną pulę i Belgrad często wysyłał sygnały, że nie rezygnuje ze swoich zamiarów względem Triestu. W ten sposób - ze względów propagandowych - wspierano chociażby klub piłkarski Ponziana, który spędził trzy sezony (1946-1949) w najwyższej klasie rozgrywkowej Jugosławii.
W 1953 r. Anglosasi wyszli z zamiarem przekazania administracji nad strefą A Włochom, co spotkało się z protestami Jugosławii, która zaczęła grozić swoim sąsiadom wojną. Sytuację udało się załagodzić rok później, kiedy Wolne Terytorium Triestu zostało zlikwidowane i doszło do podziału terytorium. W ten sposób strefa B, czyli północna Istria znalazła się w granicach Jugosławii.
To właśnie wtedy z tych terenów nastąpiła masowa ewakuacja Włochów, a ich miejsce zajęli okoliczni Słoweńcy oraz przedstawiciele innych narodów Jugosławii. A jeszcze w 1900 r. w Koprze mieszkało ponad 7 tys. Włochów przy tylko niecałych czterystu Słoweńcach. Dzisiaj sytuacja jest odwrotna, ponieważ Włochów w mieście jest co najwyżej ok. dwóch procent. Mimo wszystko region zachował pełną dwujęzyczność i równolegle ze swojską nazwą Koper funkcjonuje też brzmiąca nieco bardziej ekskluzywnie Capodistria.
***
Słowenia jest na swój sposób spektakularna. Jak bowiem inaczej nazwać państwo o powierzchni analogicznej do województwa podlaskiego, w którym można podziwiać zarówno alpejskie krajobrazy, jak i doświadczyć znanego chociażby z Chorwacji klimatu gorącego Adriatyku naznaczonego alejami z cyprysów i pięknymi miasteczkami, jak Piran czy Izola, których architektura mogłaby wskazywać na to, że równie dobrze moglibyśmy teraz być setki kilometrów na południe.
Najważniejszym miastem liczącej niespełna 50 km linii brzegowej Słowenii jest właśnie Koper, w którym w latach 50-tych - po przyłączeniu do Jugosławii - zaczęto budować port morski, który dzisiaj jest jedynym międzynarodowym portem towarowym w kraju i liderem na Adriatyku, jeśli chodzi o przeładunek kontenerów. W ostatnich latach Koper miał w tym aspekcie lepszy wynik niż sąsiednie Triest i Rijeka razem wzięte.
Dzisiaj port zajmuje znaczną część miasta i jest jedną z jego trzech najważniejszych składowych obok historycznego centrum i dzielnic mieszkaniowych takich, jak Semedela oraz Žusterna, które rozbudowały się wraz z rozwojem portu i koniecznością zapewnienia większej liczby mieszkań pracownikom.
Mimo wszystko Koper ma tylko niespełna 27 tys. mieszkańców, co nie jest przesadnie spektakularną liczbą. Szczególnie, że na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie większego. Ale i tak jest piątym największym miastem na Słowenii, gdzie tylko stolica łamie barierę 100 tys.
***
Pomiędzy starym miastem a obszarami mieszkalnymi znajduje się dzielnica o nazwie Bonifika ze skrupulatnie zaplanowanymi alejami przecinającymi galerie handlowe oraz kompleksem sportowym. Swoją nazwę zawdzięcza włoskiemu słowu "bonifica", czyli "rekultywacja".
Kiedyś stary Koper leżał bowiem na wyspie, a obszar dzisiejszej Bonifiki był morzem, które z czasem jednak zasypano. Później zrekultywowane tereny zabudowano, a miasto na dobre wrosło w stały ląd.
Nazwę Bonifika nosi też stadion, na którym swoje mecze rozgrywa FC Koper.
Klub został założony w 1920 r. jako Circolo Sportivo Capodistriano. Na koszulkach widniała czerwona gwiazda, a skład tworzyli przede wszystkim robotnicy, rybacy i studenci, co jasno wskazywało na światopogląd drużyny oraz stawało się coraz bardziej problematyczne wraz ze wzrostem autorytaryzmu we Włoszech.
Po wojnie w mieście powstało kilka nowych klubów, m. in. Aurora i Medusa, które były oparte przede wszystkim na Włochach. Najpierw grały w rozgrywkach Wolnego Terytorium Triestu, a w latach 50-tych dołączyły do zmagań jugosłowiańskich. W 1954 r. Koper przyłączono do Jugosławii, a Włosi wyjechali z miasta.
W 1955 r. na bazie m. in. Aurory powstał słoweński NK Koper, który mocno przetrzebiony kadrowo po eksodusie Włochów potrzebował trochę czasu, żeby okrzepnąć. Klub w okresie Jugosławii najwięcej czasu spędził w Lidze Republiki Słoweńskiej, która była trzecim poziomem rozgrywkowym.
Największy sukces miał miejsce dopiero w sezonie 1984/1985, kiedy Koper zajął 1. miejsce w regionalnych rozgrywkach i po raz pierwszy awansował na zaplecze najwyższej klasy rozgrywkowej w Jugosławii, do grupy zachodniej Drugiej Ligi Federalnej. Niestety już po jednym sezonie spadł z niej z hukiem.
Dwa lata później Koper znowu sięgnął po tytuł najlepszej drużyny na Słowenii, ale tym razem o awans na zaplecze musiał grać w barażach z Bačką Palanką z Wojwodiny, ponieważ drugą ligę zreorganizowano do jednej grupy. Na wyjeździe NK Koper zremisował 1:1, u siebie przegrał 0:1. Mecz na Bonifice oglądało prawie 10 tys. widzów (nadkomplet), a samo spotkanie do dzisiaj uważa się - delikatnie rzecz ujmując - za noszące znamiona przekrętu.
***
Po uzyskaniu niepodległości przez Słowenię FC Koper był jednym z "założycieli" słoweńskiej "prvej ligi". Grał w niej nieprzerwanie od 1991 do 1995 r., a później do 2000 r. rokrocznie jeździł windą pomiędzy elitą a zapleczem. Pierwsza dekada w nowej rzeczywistości była naznaczona problemami finansowymi i - co za tym idzie - brakiem sukcesów.
Wejście w nowy wiek okazało się zdecydowanie lepsze, ponieważ NK Koper od 2000 do 2017 r. nie opuścił najwyższej ligi na Słowenii, pojawiły się też pierwsze trofea w gablocie.
W sezonie 2001/2002 r. NK Koper zajął 3. miejsce w lidze, a w tym samym czasie zadebiutował w europejskich pucharach, biorąc udział w dwóch edycjach Pucharu Intertoto. W edycji z 2003 r. dotarł aż do półfinału, gdzie przegrał z holenderskim Heerenveen.
W 2006 i 2007 r. "Kanarki" dwa razy z rzędu sięgnęły po Puchar Słowenii, a w sezonie 2009/2010 w końcu sięgnęły po upragnione mistrzostwo kraju (oraz superpuchar) wieńcząc w ten sposób najlepszą dekadę w historii klubu. W jej trakcie nie obyło się jednak bez kłopotów, a klub po katastrofalnej działalności niejakiego Georga Subana musieli ratować kibice. Później trafił on w ręce serbsko-amerykańskiego biznesmena Milana Mandaricia, który spłacił długi.
W kolejnych latach Koper na stałe dołączył do słoweńskiej czołówki, dorzucając jeszcze po jednym pucharze i superpucharze, ale w 2017 r. znowu pogrążył się w problemach finansowych i odebrano mu licencję. "Kanarki" musiały startować od 4. ligi, jednak zrobiły trzy awanse w trzy lata i w 2020 r. znowu znalazły się w prvej lidze.
FC Koper zaskakująco szybko odbudował swoją pozycję i już w sezonie 2021/2022 świętował wicemistrzostwo oraz zdobycie czwartego Pucharu Słowenii.
***
Poprzedni sezon był również udany, ponieważ i tym razem FC Koper zmagania zakończył ze srebrnymi medali na szyjach. Był to zresztą bardzo ciekawy sezon na Słowenii, ponieważ o ile do nowej siły w postaci NK Celje zdążyliśmy się już przyzwyczaić, o tyle kwartet pucharowiczów poza Koprem uzupełniły jeszcze NK Bravo i NK Aluminij, jasno wskazując na głęboki kryzys trapiący ikony słoweńskiego futbolu - Maribor i Olimpiję Ljubljana.
Eksportowy zestaw (oczywiście poza Celje) solidarnie skompromitował się w Europie, ale to właśnie Koper dał największy popis. W pierwszym meczu 2. rundy LKE "Kanarki" zaprezentowały się z bardzo dobrej strony i wygrały na wyjeździe z Runavikiem 2:0. Wydawało się, że skoro Słoweńcy wrócili z tak dobrym wynikiem z nieprzyjemnego terenu, jakim są Wyspy Owcze, to rewanż na Bonifice będzie już tylko dopełnieniem formalności.
Ale spotkanie zakończyło się nieoczekiwaną katastrofą. Runavik po 90 minutach prowadził 2:0 i do rozstrzygnięcia potrzebna była dogrywka. W 102. minucie Koper strzelił jednak gola na 1:2 i wszystko wskazywało na to, że wicemistrzowie kraju - przy odrobinie wstydu - ostatecznie przedłużą swoją przygodę w Europie. Marzenia w 122. minucie pogrzebał urodzony w Świnoujściu Michał Przybylski, który podwyższył prowadzenie gości na 3:1 i doprowadził do serii rzutów karnych, w których górą byli Farerowie.
Porażka wywołała wściekłość w lokalnej grupie ultras znanej pod nazwą "Tifozi", która w swojej krytyce nie oszczędziła nawet legendarnego 38-letniego Josipa Iličicia, który właśnie w Koprze dogrywa ostatnie lata kariery.
***
Sierpniowy mecz na Bonifice z NK Bravo miał więc już przed pierwszym gwizdkiem dość niekorzystną aurę, którą dodatkowo spotęgowała jeszcze wyjazdowa porażka 0:2 z Mariborem, która miała miejsce już po kompromitacji z Runavikiem.
Na obiekt przyjechałem zaledwie piętnaście minut przed pierwszym gwizdkiem, ale byłem spokojny o to, że bez problemu zdążę na pierwszy gwizdek. Czterocyfrowa frekwencja na mogącej pomieścić cztery tysiące widzów Bonifice jest tylko na meczach z Olimpiją, Mariborem, Celje oraz w europejskich pucharach.
Spokojnie zaparkowałem na ogromnym, darmowym o tej godzinie, parkingu pod stadionem i po drodze zaliczyłem jeszcze skromny fanshop, w którym kupiłem bilet za... 15 euro. Po wejściu na obiekt okazało się, że od ręki dostępny jest w zasadzie tylko popcorn, więc trochę skrzywiłem się na mało bałkański styl aprowizacji. Na szczęście okazało się, że można wnosić piwo... z lokali, które zlokalizowane są w trybunie, ale już na zewnątrz stadionu (coś jak na Cracovii). Jest tam też pizzeria, dlatego gdy w drugiej połowie zmieniłem miejsce na rząd na samej górze, to zza trybuny zaczęły dobiegać przyjemne zapachy.
Bonifika składa się z dwóch nowoczesnych i zadaszonych trybun oraz "składaków", które zapewne pełnią funkcję sektora gości. Ale takowy tego dnia pozostał pusty. Ciekawe jest to, że trybuna wzdłuż boiska jest tą ogólnodostępną, natomiast "VIP" znajduje się na tej za bramką, czyli ze zdecydowanie gorszą widocznością.
Zaraz po wejściu na trybunę minąłem wywieszone dwie flagi miejscowych kibiców, ale tego dnia "Tifozi Koper" nie zaprezentowali absolutnie niczego ciekawego, poza machaniem jedną dużą flagą na kiju. Nie wiem, na ile to efekt jakiegoś protestu, a na ile aktualny potencjał, który nie pozwala na rozwinięcie skrzydeł. W lepszej formie (i bardziej widoczni w okolicy) wydają się być ich lokalni rywale, czyli "Ribari Izola", fanatycy trzecioligowego klubu NK Izola, którzy w ostatnich latach kilka razy utarli nosa kibicom z Kopru.
"Tifozi" to jednak mimo wszystko uznana marka na słoweńskiej scenie kibicowskiej, która powstała już w 1987 r. i za czasów swojej świetności jeździła naprawdę solidnie.
Mecz toczył się na murawie będącej w agonalnym stanie, co dość szybko dało mi odpowiedź na pytanie, skąd mogą się brać ostatnie niepowodzenia piłkarzy z Kopru. Zespół wygląda na grający technicznie, mający nawet kilku zawodników mogących zrobić różnicę w grze jeden na jeden, ale na takim placu trudno im było rozwinąć skrzydła.
Oba kluby są jednak przede wszystkim solidarnie zapchane wagonem przeciętnych obcokrajowców z całego świata. Koper wystawił wyjściową jedenastkę złożoną z piłkarzy reprezentujących osiem różnych państw, natomiast rywale odpowiedzieli przedstawicielami sześciu narodowości. Ale najlepiej na boisku i tak wyglądał Słoweniec Leo Rimac, którym podobno już interesują się polskie kluby.
Koper miał optyczną przewagę, ale bił głową w mur i zmarnował kilka bardzo dobrych okazji do otwarcia wyniku. Bravo natomiast ewidentnie przyjechało nad Adriatyk nie przegrać i z czasem po prostu zaczęło pilnować remisu.
Najlepszym podsumowaniem tego meczu niech będzie fakt, że za najciekawszy moment można uznać awarię oświetlenia na początku drugiej połowy, kiedy na kilka minut zgasły jupitery, które chyba nie wytrzymały już tych popisów serwowanych przez obie drużyny.
Wnioski? O ile sama Istria jest fascynująca, o tyle FC Koper to raczej opcja na jednorazową atrakcję bez powrotu.
24/08/2026
16/08/2026
06/08/2026
02/08/2026